Kibicowska wyprawa, czyli wywiad z Robertem

Kibol: Myślę, że za sprawą mediów kibicowskich i nie tylko, jesteś tak charakterystyczną postacią, że teoretycznie nie trzeba Ciebie nikomu przedstawiać. Mimo wszystko dopełnijmy może formalności. Opowiedz nam, jaki cel postawiłeś sobie podczas tegorocznej wyprawy kibicowskiej i kiedy zrodził się w Twojej głowie taki pomysł?
Robert: Celem mojej wyprawy było samotne pokonanie trasy z Opola do Calais we Francji. Później objechanie Wysp Brytyjskich, dokładnie Anglii i Szkocji, niestety Walii nie udało mi się zaliczyć. Celem było oczywiście zebranie koszulek z autografami zawodników, które następnie będą licytowane, a dochód zasili konto polskiej fundacji, jaką jest Domowe Hospicjum dla Dzieci w Opolu. Głównym celem było zebranie 20.000 zł na zakup specjalistycznych maszyn, a mowa tutaj o masażerach do płuc, które ułatwią dzieciakom funkcjonowanie, to tak w wielkim skrócie. Jeśli chodzi o dokładne informacje dotyczące tych maszyn, to pomagają one dzieciakom wykrztusić wydzielinę. Dzieci są ogólnie leżące, są w stanie paliatywnym, krótko mówiąc są ciężko chore, są umierające, a te maszyny pomagają im normalnie funkcjonować.
Pomysł narodził się w sumie w 2012 roku. Mój brat akurat przygotowywał się do spływu po Wiśle kajakiem, rok później pokonał Pustynię Gobi, no i chciał, żebym był takim jego „menadżerem”, kiedy on będzie na rzece. Nie zawsze miał on dostęp do Internetu by pisać posty, dlatego ja zająłem się nagłaśnianiem medialnym. Brat wziął mnie do fundacji, pokazał mi całą strukturę tej organizacji, dzięki czemu mogłem zobaczyć, jak to tam wygląda. Powiem ci, że to troszeczkę chwyta za serce, kiedy wchodzisz do fundacji, którą jest hospicjum i widzisz ludzi porzuconych przez rodzinę, bo łatwiej jest oddać swojego ojca czy też matkę, niż się nimi zająć. Ludzie są opuszczeni i samotni. Kwintesencją był moment, kiedy jedna z pań tłumaczyła nam, że przy wejściu stoi świeca, którą podczas wchodzenia oczywiście zauważyłem. Jak się okazało, niecący się płomień symbolizował spokój wśród pacjentów, kiedy my wchodziliśmy, ten płomień był, a kiedy wychodziliśmy, już go nie było. Oznaczało to, że w trakcie trwania naszej półgodzinnej wizyty ktoś umarł. My w dobrych nastrojach jedliśmy ciasto i piliśmy kawę, a ktoś piętro pod nami odszedł z tego świata…

kibicowska_wyprawa_robert
Kibol: Jak wyglądały Twoje przygotowania, do tak ogromnego wysiłku fizycznego? Czy nie uważasz, że problemy ze ścięgnem Achillesa to efekt twojego przetrenowania?
Robert: Przygotowania to CrossFit 3 razy w tygodniu, bieganie praktycznie 4, 5 dni. Oczywiście siłownia, rower, basen. Uważam, że złapana kontuzja nie jest efektem mojego przetrenowania, to efekt wypadku, który miałem w maju. Potrącił mnie samochód pod blokiem, kiedy szedłem pieszo. Skończyło się to stłuczeniem kości udowej, skręconym kręgosłupem szyjnym i wstrząśnieniem mózgu. Ten uraz wykluczył mnie na prawie miesiąc, potem była połowa czerwca i został tylko miesiąc do wyprawy. Nie było, kiedy się „rozjeździć”, ten okres był zbyt krótki. Najpierw na trasie wdało się lekkie zapalenie, które miało swój punkt kulminacyjny niedaleko Bielefeldu, gdzie zaatakowali mnie uchodźcy. Uciekając przed nimi, musiałem coś naderwać, bo strzeliło mi w nodze niemiłosiernie. Okazało się, że jest to zapalenie ścięgna Achillesa. Koniec końców skończyło się dobrze, bo lekarz powiedział, że gdybym jeździł jeszcze 2 albo 3 dni dłużej, mógłbym po prostu zerwać to ścięgno i chodzić dopiero po odbyciu rehabilitacji i jakiś 6 miesiącach przerwy.

Kibol: Ile ludzi, tyle opinii i poglądów, stąd też moje pytanie. Wielu podziwia Cię za to, co robisz, ale czy spotkałeś się może z negatywnym odbiorem Twojej akcji?
Robert: Odpowiadając na to pytanie, pozwolę sobie zażartować. Pichu powiedział, że „szczyt zera, to nie mieć hejtera”. Na szczęście nie jest ze mną tak źle. Nie jest ich dużo, bo w ciągu tych czterech lat pojawiło się może 5 czy 6, ale takich po prostu gamoni. Nie lubię ludzi, którzy na siłę próbują mi wmówić, że coś zarabiam i zadają pytania typu: „Co Ty z tego masz?” albo „Załatw mi kontakt do Wasilewskiego”. Negatywna odpowiedź spotykała się najczęściej z wybuchem negatywnych emocji. Najbardziej jednak uwielbiam ludzi, którzy mówią, że ja coś z tego mam, to jest dla mnie najpiękniejsza rzecz :). Ludzie nie zdają sobie sprawy z pewnych prawideł, widzą tylko, że na trasę wyprawy dana firma zakupiła mi rower. Posłużę się przykładem z tamtego roku, kiedy to firma EBS Transport zakupiła mi rower za 2.500 złotych i tak z ciekawości powiem ci, że przygotowanie tego roweru do tegorocznej wyprawy kosztowało mnie 1.700 zł.. Czy łatwiej byłoby kupić drugi rower? Oczywiście większość tych pieniędzy przekazywałem sam z własnej kieszeni. To jest tak, że sprzęt dostaje na wyprawę, ale już wszystkie awarie i usterki, czy przygotowania do kolejnych lat i kolejnych wypraw leżą już w mojej gestii. Fajnie, że są ludzie, którzy podziwiają tego typu wyczyn, fajnie, że są ludzie, którzy wspierają. Ludzie, którzy są temu przeciwni, też muszą być… niestety. Swoją drogą trafił się kiedyś facet, który twierdził, że jeżeli jadę 120 km dziennie, to „Co to jest?”, na tę zaczepkę odpowiedziałem w sumie krótko, przedstawiłem mu kilka faktów. Pisał mi, że 100 kilometrów to się jeździ na kacu w niedzielę, co z puentowałem, że w niedzielę na kacu jeździsz tylko raz w tygodniu, a ja będę jechał 40 takich niedziel. Druga rzecz, że ciągnę za sobą przyczepkę z obciążeniem i nie da się robić dwustu, gdy masz świadomość tego, że będziesz jechał bez przerwy.
kibicowska_wyprawa_robert
Kibol: Czy podczas tej wyprawy, podobnie jak w poprzednich polskich edycjach, miałeś styczność z kibicami, czy byli to zazwyczaj polscy emigranci?
Robert: Zazwyczaj byli to polscy kibice, ale owszem miałem styczność z angielskimi kibicami na przykład w Colchester. Miałem też styczność z działaczami klubu Exeter. Wracając do angielskich kibiców, to byłem na meczu pomiędzy Colchester a Cambridge, byłem tam świadkiem dziwnej sytuacji. Mijali się tam między sobą ludzie w barwach. To jest mecz z cyklu powiedzmy Górnik Konin – KKS Kalisz. Te ekipy się nie bardzo lubią, a między sobą się po prostu przemieszczają jakby nigdy nic. Kibice gości siedzą w sektorach gospodarzy i na odwrót. Jedni pozdrawiają drugich słowami „Kim wy kurwa jesteście?” a na sam koniec dziękują sobie za doping, przybijając piątki. Ręce opadają, to nie jest zupełnie mój klimat, to jest po prostu dziwne. Margaret Thatcher dopięła swego, wyniszczyła po prostu cały ruch kibicowski. Anglicy na widok mojej racy po prostu zbledli, zaczęli lamentować, że może zwinąć nas policja… szkoda gadać.

Kibol: Celem Twojej wyprawy była Wielka Brytania, ale przemierzałaś też Niemcy, Holandię, Belgię i Francję. Zastanawiam się, dlaczego nie starałeś się zdobyć koszulek od drużyn z tych krajów?
Robert: Po prostu zostawiam to sobie na przyszłe wyprawy. Nigdy nie mówię nie, aczkolwiek wszystkie te kraje, które wymieniłeś, po prostu stają się krajami muzułmańskimi, więc nie wiem, czy będzie mi coś tam ciągnęło, ale zobaczymy. Nie mówię tak, nie mówię nie. Celem były Wyspy Brytyjskie i stamtąd zbierałem koszulki.

Kibol: Ten rok jest dla Ciebie bardzo pechowy, o czym świadczyć może, chociażby Twój poważny wypadek, w którym skręciłeś kręgosłup. Nie obawiałeś się pomimo zaleceń lekarza wyruszyć na tak poważną wyprawę? Po drodze pech prześladował zarówno Ciebie (ścięgno Achillesa) oraz twój rower (kilka awarii). Jak radziłeś sobie psychicznie w tak trudnych momentach?
Robert: Dokładnie tak jak powiedziałeś na wstępie, ten rok jest dla mnie strasznie pechowy. Zaczęło się to w sumie na początku tego roku, pechowa sytuacja w okresie przygotowawczym do półmaratonu, rozwaliłem kolano, a potem wybiłem bark. Następnie wypadek, o którym wspominałem i na sam koniec jeszcze wyprawa. Tak bałem się, cholernie się bałem wyruszyć, bo nie wiedziałem, jak mój organizm na to będzie reagował, czy ja po prostu dam radę fizycznie, czy nie i czy jestem gotów przez mój uraz kręgosłupa. Chyba nie muszę mówić, że ciężko jest siedzieć po 8 czy 10 godzin jadąc rowerem ze skręconym kręgosłupem szyjnym. Wszystko boli cię dwa razy bardziej, zwłaszcza na rowerze szosowym. Bałem się, ale nie mogłem tego nie zrobić, skoro opowiedziałem już o wyprawie. Miałem już przecież patronów i sponsorów, ale najważniejsze były jednak dzieci w hospicjum, które wiedziały, że to właśnie dla nich będę jechał.
Co do awarii roweru, to byłem bardzo wkurwiony. W Londynie jadąc do samego centrum przebiłem dętkę. Ogólnie pech prześladował mnie non stop, prześladował nawet ludzi, którzy chcieli mi pomagać. Kiedy próbowałem wydostać się z Liverpoolu do Londynu, gdzie miałem mieć spotkanie z przyjaciółmi kibicami i narodowcami, chłopak, który po mnie jechał, uległ wypadkowi samochodowemu, efektem czego była pęknięta śledziona. To był i jest pechowy rok. Mam tylko nadzieję, że to się już niedługo skończy.

kibicowska_wyprawa_robert
Kibol: Który kraj, a także miasto zrobiło na Tobie największe wrażenie podczas tej wyprawy?
Robert: Nawet o tym nie myślałem. Anglia jest bardzo brudna, Francję przeleciałem jak najszybciej, bo się po prostu bałem. To już nie jest Europa!. Belgia sympatyczna, ale mają fatalne drogi. Antwerpia śliczny rynek, no i Brugia to już wiadomo. Holandia nigdy mi się nie podobała, jedyne co jest tam ładne to porządek na ulicach i w miastach. Niemcy praktycznie to samo, porządne drogi, ale ścieżki rowerowe już niekoniecznie. Trasy rowerowe ciągną się często przy lasach, więc korzenie niestety wybrzuszają te drogi.
Kurczę, no nie wiem… Polska!. Wróciłam do Polski i zacząłem zwracać uwagę na różne aspekty. Na przykład w porównaniu do Anglii, Polacy to bardzo czysty naród. Wszyscy mówią “kurcze, bo w Niemczech jest czysto itp”… Gdyby ktoś był w Anglii i porównał to do naszych polskich podwórek i zadbanej zieleni, myślę, że byłby zadowolony i docenił nasze polskie realia.

Kibol: Zapewne podczas tych kilkudziesięciu dni przytrafiła się Tobie jakaś nieoczekiwana niespodzianka, czy możesz zdradzić nam, co to takiego było?
Robert: Jeżeli chodzi o niespodziankę to dwie wpłaty. 2.000 zł i 2.700 zł. Pierwsza to wpłata od Ariela Borysiuka. W sumie napisałem do niego z prośbą o udostępnienie informacji, że brakuje 2.000 zł do pełnego celu. Miałem nadzieję, że o tym wspomni i wspólnymi siłami kilku ludzi dokona wpłaty, a on zrobił to sam. Co do drugiej wpłaty, mam podejrzenie, że był to Jerzy Dudek, dlatego, że kolega jest z nim w kontakcie. Dokładnie o godzinie 13:32 Dudek wstawił posta o wyprawie, a 7 minut później konto zasiliła wpłata o wartości 2.700 zł. Wydaje mi się, że musiał to być Jerzy Dudek. Wszystkich niespodzianek było naprawdę mnóstwo. Od Moniki z Brugii, która zrobiła mi kanapki i załączyła do nich karteczkę „dobro wraca”, wystarczyło, żeby człowiek się uśmiechnął. Każdy dzień był dla mnie niespodzianką, bo nigdy nie wiedziałem, co się stanie.
kibicowska_wyprawa_robert
Kibol: Który dzień wyprawy i dlaczego uznałbyś za ten najgorszy, kiedy brakowało sił do pedałowania, bo nogi odmawiały posłuszeństwa?
Robert: Ja nie pedałuję, jest zakaz pedałowania, ja kręcę… haha, a tak na poważnie to wyjazd z Exceter w stronę Londynu. To był zdecydowanie najgorszy dzień, jaki przeżyłem podczas moich trzech wypraw. Noga bolała niemiłosiernie, górki były straszne, a do tego było chłodno. Pamiętam, że próbowałem jechać na chama i zmusić się do jazdy. Usiadłem na ławce po przejechaniu 40 km i po prostu nie mogłem… popłakałem się, ale to nie z bólu, tylko dlatego, że nie mogłem dalej jechać, bo czułem, że ta wyprawa zakończy się przed czasem, że nie zbiorę tych 20.000 zł. Czułem się potwornie, bo nie zrobiłem nawet połowy Anglii, a noga nie pozwalała mi dalej jechać… No, to był zdecydowanie najgorszy dzień.

Kibol: Podczas wyprawy dość często motywowałeś ludzi, aby dokonywali wpłat. Przyznaj się, czy chociaż przez chwilę wątpiłeś w kibicowską szczodrość i niepowodzenie akcji?
Robert: Wiesz co, powiem Ci tak. Zawsze to wyglądało tak, że pisałem posty, nagrywałem filmiki i starałem się cisnąć ludzi do wpłacania. W tym roku nie, w tym roku było tego zdecydowanie mniej. W tym roku ludzie podchodzili do tego na świadomości, każdy każdego jakoś do tego motywował. Robiły się np. zbiórki. Tutaj w mojej pracy w Opolu team zebrał 1.000 zł. W Winchesterze chłopaki zrobili zbiórkę i uzbierali kupę kasy, no i tak wiesz, pocztą pantoflową to jakoś leciało. Odpowiadając na pytanie, nie motywowałem ludzi jakoś specjalnie, było tego zdecydowanie mniej, ale powiem Ci, że zwątpiłem w płaty. Przed samym Londynem, nawet koledze Marcinowi mówiłem, że zmienię cel na 15.000 zł … on powiedział mi, żebym zostawił te 20.000 zł. Zapewniał, że zobaczę, że się uda…

Kibol: Ile koszulek udało się Tobie ostatecznie zebrać i kiedy oraz w jakiej formie będzie można je licytować?
Robert: Co do ilości gadżetów aukcyjnych, nie jestem w stanie Ci ich podać i potwierdzić, bo one ciągle do mnie docierają. Wszystko okaże się podczas aukcji 17 września, wtedy będzie wiadomo, ile tego wszystkiego jest. Na aukcjach będą dostępne nie tylko koszulki, ale także zdjęcia z podpisami, piłki. Cena startowa to 600 zł, taki jest mój zamysł. Wiem, że to jest sporo, ale np. koszulka Stevena Gerarda nie może pójść za 200 zł… hahaha :-)
kibicowska_wyprawa_robert
Kibol: Wiadomo, że mało realne jest pisanie sprawozdań na bieżąco w trakcie trwania podróży. Podczas swoich wypraw doświadczasz zapewne wielu ciekawych przeżyć, nie zastanawiałeś się może nad zebraniem tych informacji w jedną całość?
Robert: Ogólnie o wszystkich moich przygodach można przeczytać na blogu, zarówno z pierwszej, jak i drugiej wyprawy, natomiast w trzecią się nie bawię, zrobię tylko krótkie podsumowanie. O wszystkich trzech wyprawach i nie tylko będzie można przeczytać za niedługo w książce, którą będę starał się do końca przyszłego roku (2017) wydać. Dla mnie jest to bardzo ważny aspekt, bo jest to kolejna metoda, którą mógłbym pomóc dzieciakom, bo tak jak każde moje działanie z “kibicowską wyprawą” jest non-profit, gdzie 100% przekazanych pieniążków przekazuję na dzieci. Jaka to będzie fundacja, tego nie wiem, może będzie to jakieś prywatne dziecko?. Wiem, że celem jest napisanie książki, którą już powolutku zaczynam pisać. Nie chcę jej wypuszczać przez żadne wydawnictwo, będę próbował to wydać samemu, żeby wyciągnąć z tego jak największą gotówkę i tym samym przekazać jak najwięcej dzieciom.

Kibol: Słyszałem, że masz już plany na kolejną wyprawę, tym razem kajakową. Czy po ostatniej, dość pechowej, zraziłeś się do roweru, czy też chcesz odciążyć nogi i dać teraz rękom trochę popracować? Opowiedz nam coś więcej na temat twoich przyszłych planów.
Robert: Plany, plany, plany. Kibicowska wyprawa słynie z tego, że jest rowerowa. Nie chciałbym tracić tej idei, dlatego w przyszłym roku będą dwie wyprawy. Dlaczego dwie? Jest dużo osób do uratowania, którym chciałbym pomóc. Wiosną będę płynął kajakiem przez całą Odrę. Śmieję się, że akcję nazwę „Odra Odrą”, bo jestem kibicem Odry i spłynę Odrą dla innego kibica Odry. Zrobię to dla mojego przyjaciela Kwacha, który zachorował na chłoniaka, ma nowotwór i potrzebuje kosztownego leczenia. Ja będę starał zbierać się na to hajs. W przyszłym roku latem również wyprawa rowerowa. Nie chcę jeszcze zdradzać gdzie, są trzy wersje – Grecja, Węgry lub Chorwacja. Gdzie pojadę? Ja już wiem, ale czekam po prostu na kilka potwierdzonych informacji, żeby nie wylecieć z tym, jak filip z konopi. Chcę, aby każda kolejna wyprawa była przygotowana jeszcze lepiej i lepiej. Oczywiście o wszystkim będę na bieżąco informował.
kibicowska_wyprawa_robert
Kibol: Czy chciałbyś w jakiś szczególny sposób podziękować ludziom dobrej woli, bez których ta wyprawa nie doszłaby do skutku?
Robert: Chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy wpłacali pieniążki. 24.000 zł, które można zobaczyć na portalu siepomaga.pl to nasz wspólny sukces. Zbiórka trwa do 16 września i ciągle może być tych pieniążków więcej. Chciałbym podziękować przede wszystkim ludziom, którzy gościli mnie na trasie wyprawy. Chciałbym podziękować Marcinowi, który jechał po mnie ponad 100 km, kiedy nawalił mi rower. Chciałbym podziękować ludziom, którzy mimo tego, że mnie nie znali, przyjmowali mnie pod swój dach. Chciałbym podziękować ludziom, którzy zapewniali mi wyżywienie, nawet na drogę. Ludziom, którzy kiedy nawalały mi nogi, zgarniali mnie z trasy, bo tak było, że z ostatniego 1000 km przejechałem jakieś 600-700 km, reszta to podwózki po 40-50 km. Gdyby nie ci kibice, nie dałbym rady. Chciałbym podziękować także firmom, które wspierały tę wyprawę, ale to nie miejsce, aby je wymieniać. Jeśli chcecie zobaczyć ich nazwy, to macie je przedstawione na moim profilu. Fantastyczni ludzie, bez nich ta wyprawa by się nie odbyła!

Kibol: Jak ostatecznie podsumowałbyś trzecią edycję „kibicowskiej wyprawy"?
Robert: O kurde… hmm… w sumie… teraz szukam pracy i powoli zabieram się za czwartą…. To jest świetne podsumowanie :-)

Zostaw komentarz

Twój email nie będzie publikowany.


*