Michał Frąckowiak – To My Chuligani

Muszę przyznać, że po zapowiedzi książki „To my chuligani” bardzo mocno nie mogłem doczekać się jej premiery. Książka napisana przez Michała Frąckowiaka to niezbyt długa, chociaż moim zdaniem i dobrze, bo licząca sobie 200 stron dość dużej czcionki pozycja, która w doskonały sposób oddaję realia lat 90', a przede wszystkim, ciekawe opisuje stadionowe, jaki około stadionowe przygody „Paragrafa” oraz jego kompanów z głogowskiej ekipy – Invaders. Oczywiście książka nie jest kompletną kroniką, przez co przedstawia tylko wybrane i najbardziej istotne szczegóły. Tak jak wspominałem, publikacja nie jest zbyt obszerna, przez co można ją przyswoić w dość szybkim tempie, idealnie nadaje się na długi jesienny wieczór. Dodatkowo za jej przystępnością przemawia także fakt, że została napisana prostym językiem. Pozytywny wpływ na jej odbiór ma także pierwszoosobowa narracja, dzięki czemu mamy okazję wspólnie z jej głównym bohaterem przeżywać emocje towarzyszące mu w mniej lub bardziej ekstremalnych przygodach na kibicowskim szlaku, a przecież jak wiadomo, w latach 90' o takowe nie trzeba było się wielce starać. Książka w doskonały sposób oddaje klimat tamtych lat oraz specyfikę funkcjonowania ekipy z małego miasta. Dla takich ludzi liczył się wtedy tylko lokalny stadion oraz dworzec kolejowy, bo były to idealne miejsca do słownej lub fizycznej konfrontacji oraz możliwość zdobycia uznania w kibicowskiej Polsce.
to_my_chuligani_ksiazka_3

„To my chuligani” – recenzja fabuły

Początek książki to szczeniacka fascynacja naszego bohatera piłką nożną, czyli historia, która towarzyszyła chyba każdemu z nas. „To my chuligani” w doskonały sposób przywołało w mojej pamięci identyczne wręcz przygody, jakie przeżywałem podczas darmowych prób przedostania się na stadion. Tematem ciężkich debat i kłótni były także mecze wyjazdowe, do których rodzice podchodzili bardzo, ale to bardzo sceptycznie. By pojechać na mecz, nasz bohater zmuszony był do kłamstwa wobec rodziców lub też ucieczek z domu. Co prawda w tamtych czasach na trybunach nie było tak „bezpiecznie”, jak jest obecnie, ale duży wpływ na zmanipulowaną opinię środowiska, w tym także rodziców, miały media, które już wtedy lubiły przekoloryzowywać rzeczywistość. W wymarzonej podróży Paragrafowi towarzyszyły zazwyczaj kanapki oraz z wielkim trudem zdobyty szal ukochanego klubu. O tym, jak w tamtych czasach unikatowym „gadżetem”, a może raczej reliktem on był, przekonacie się już na samym początku tego bestselera. Autor opisuje także finansowy trud kibica tamtych lat, kiedy chcąc jechać na mecz, trzeba było zdobyć trochę grosza. Dla dzisiejszego młodego pokolenia jest to pewnie nie lada abstrakcją, a przecież działo się to zaledwie dwie dekady temu… W publikacji zwrócono także uwagę na aspekt śledzenia rozkładu PKP, co było wręcz nieodłącznym elementem kibicowskiego rzemiosła tamtych lat. O pociągach specjalnych wtedy jeszcze nawet nikt nie marzył, na samochód nie wiele mogło, a może też i nie do końca chciało sobie pozwolić, dlatego też kolej była najlepszym i za sprawą przepłacanego kanara, najtańszym środkiem lokomocji. Podróż „żółtkiem”, czy też „pośpiechem” dodawała także smaczku adrenaliny, a wszystko to za sprawą delegacji, które lubiły nawiedzać dworce, by skonfrontować się z wrogiem i zaznaczyć swoją obecność, a nie rzadko także i fizyczną wyższość. Będąc przy temacie dworca kolejowego, należy wspomnieć także o nocnych zasadzkach w okolicach PKP, czy też marzeniach bohaterów związanych z posiadaniem telefonu, a dokładniej cegłofonu komórkowego, który w pewien sposób znacznie ułatwiłby im dowodzenia podczas natarcia na oddziały wroga. Tak właśnie wyglądały kiedyś realia, w czasach kiedy nie było Internetu, a wyjazdową relację w najszybszy sposób można było usłyszeć na osiedlu od kolegi, który właśnie wracał z wyprawy. To właśnie betonowe bloki, czy też osiedlowa ławka była miejscem spotkań, integracji i dyskusji na tematy kibicowskie. Niby działo się to tak niedawno, a wydaje mi się, jak by minęła wieczność. Za sprawą tej książki zaserwowałem sobie wspaniały powrót do przeszłości, do pięknych zapisanych w pamięci wspomnień…
to_my_chuligani_ksiazka_1

Rozterki Paragrafa, głównego bohatera książki

Życiu Paragrafa towarzyszyły także często bardzo nieprzyjemne sytuacje. Nie mam tu na myśli ciężkich rywalizacji sportowych z innymi ekipami, które można było wygrać, albo i przegrać. Bardziej chodzi mi tutaj o walkę z własnym sumieniem i zakłamaniem na rzecz ukochanych rodziców, którzy to stali na równi z klubem. Naszemu bohaterowi ciężko było dzielić swoje uczucia, dlatego był on zmuszony do właśnie takiego zachowania. W „To my chuligani” zwrócono uwagę na bardzo istotny fakt, czyli na wytrwałość stadionowych bywalców, którzy to swoją przygodę na kibicowskim szlaku oraz miłość do klubu kończyli zazwyczaj za sprawą zauroczenia do jakiejś panny, albo poboru do służby wojskowej. Jak stwierdził jeden z bohaterów książki, dla tych najzagorzalszych i to nie było przeszkodą, bo od wojska się wymigał, a i panna go żadna nie zechciała, dlatego też wytrwał przy Chrobrym, twierdząc dumnie, że „Baby to chuje”.

Zgody, czyli mój ulubiony rozdział „To my chuligani”

Dla mnie najciekawszym rozdziałem okazał się ten poświęcony kibicowskim zgodom. Integracje Chrobrego z Moto-Jelczem, Kaliszem, Widzewem, czy Petrą to bardzo ciekawe i barwne opowieści. Jak wiadomo, w tamtych czasach nie było zbyt wielu możliwości rozrywki, a dodając do tego fakt, że Polak za kołnierz nie wylewa i jak widzi alkohol, to aż się trzęsie, każda wizyta braci po szalu kończyła się ostrą najebką nie rzadko równoznaczną z utratą świadomości. To właśnie często w takich okolicznościach pod wpływem promili były przybijane kibicowskie sztamy i zazwyczaj dzięki dobrej „gościnie” umacniane chwiejne przyjaźnie.
to_my_chuligani_ksiazka_2

Czy warto przeczytać „To my chuligani”? 

W książce znajdziecie niemal wszystko, co mogło przytrafić się w życiu zaangażowanego w sprawy kibicowskie chłopaka tamtych czasów. Jest adrenalina podczas pijackich wyjazdów oraz awantur z brechami czy też skórzanymi paskami w rękach. Są też gorsze momenty jak, chociażby spadek z ligi, czy też wspomniane już ciche dni w domu. W książce nie mogło oczywiście zabraknąć także motywu korespondencji listownej, czyli jedynej formy wymiany informacji oraz metody „chrzczenia” znaczków. Gdyby ktoś czasem powątpiewał w autentyczność opisywanych treści, to w „To my chuligani” znajdzie wycinki prasowe oraz fotografie unaoczniające opisywane fakty. Najważniejszym z nich w moim odczuciu było skrojenie flagi chuliganów Falubazu – Grenadiers. Co prawda książka kończy się w dość dziwnych i niespodziewanych okolicznościach, ale o tym przekonacie się już sami, podczas jej lektury. Takie zakończenie automatycznie daje to też do myślenia, czy czasami autor nie zamierza kontynuować swojej opowieści, pisząc drugą część?

FB: www.facebook.com/tomychuligani

Zostaw komentarz

Twój email nie będzie publikowany.


*