Wywiad z Jaworem, wydawcą To My Kibice (TMK)

Kibol: Jesteś osobą, której w środowisku kibicowskim przedstawiać chyba nikomu nie trzeba, zastanawia mnie tylko czy jesteś również rozpoznawalny w życiu codziennym lub też podczas wypraw na mecze? Ludzie wiedzą, że jesteś człowiekiem, który kilkanaście lat temu założył w Polsce zina, który jako jedyny przetrwał do dziś? Jak się z tym czujesz? :-)
Jawor (TMK): Hmm, wydaje mi się, że zbytnio rozpoznawalny nie jestem. Może niektórzy kibice, zwłaszcza starej daty, czytelnicy dawnych zinów, kojarzą dobrze moją ksywę, czy też nazwisko. Jednak to chyba na tyle. Jakoś nigdy specjalnie nie pchałem się na „świecznik”, ani też – Bogu dzięki – nie zostałem tam zaciągnięty siłą, jak niektórzy dużo bardziej ode mnie znani kibice, których system zmusił do zostania w pewnym sensie osobą publiczną, za ich kibicowską działalność. Jak jedzie się np. na kadrę, to czasem tylko ktoś spojrzy, zapyta o coś związanego z „TMK” – to wszystko. Nawet w swoim mieście, jeśli już jestem rozpoznawalny, to też bardziej jako długoletni kibic lokalnej drużyny, niż wydawca pisma dla kibiców.

Kibol: Opowiedz nam jak powstaje każdy numer „TMK”, jak wyglądają prace przy jego tworzeniu? Czym kierujecie się podczas dobierania relacji do danego wydania? Jak wygląda dalsza praca, kiedy projekt jest już oddany do drukarni, jak przebiegają dalsze prace i ile to wszystko trwa?
Jawor (TMK): Praca nad magazynem trwa w zasadzie na okrągło, ponieważ gdy bieżący numer jest złożony i właśnie trafia do drukarni, już trzeba myśleć nad następnym. Podstawą „TMK” są reportaże, zbiera się więc relacje, fotki od współpracowników, a także samemu jeździ na mecze z aparatem. Od dobrych kilku lat liga w Polsce gra niemalże bez przerwy, martwy sezon to w sumie tylko kilka zimowych tygodni od końca roku do połowy lutego. Latem są puchary, więc ciągle coś się dzieje, nie ma nudy.
Wytężony okres pracy nad każdym numerem to druga połowa miesiąca – wtedy zebrane materiały zbiera się w całość, selekcjonuje, załatwia gorączkowo brakujące teksty, zdjęcia. Dociera wówczas publicystyka, wywiady, stałe rubryki. Sam skład graficzny trwa około tygodnia, druk w drukarni kolejne 4-5 dni.
W międzyczasie pracujemy także nad „To My Kibice Plus”, z dużym naciskiem na wyjazdy na mecze zagraniczne. Nie ukrywam tego, że „Plusik” to moje oczko w głowie, a mecze poza Polską (głównie na Bałkanach) to obecnie moja największa pasja i właśnie tam spędzam moje najlepsze dni w roku.

Kibol: Ile osób tworzy obecnie „TMK”? Chodzi mi zarówno o stałych współpracowników, jak i osoby, które sporadycznie podsyłają fotki albo też relacje ze spotkań, czy felietony.
Jawor (TMK): Dokładnej liczby ludzi podać nie sposób. Osoby pracujące w redakcji stale, na co dzień, są raptem dwie. Bardzo bliskich współpracowników, którzy też poświęcają dużo czasu i serca, jest kilku – można ich policzyć na palcach jednej ręki. Do tego jednak dochodzi liczne grono współpracujących z nami fotoreporterów, a także co najmniej kilku chłopaków pisujących swoje relacje i inne artykuły do „TMK Plus”. A przecież są jeszcze felietoniści oraz ludzie pisujący „od czasu do czasu”. Razem to już kilkadziesiąt osób ;-)

Kibol: Tak jak wspominałem, „TMK” ma swoją renomę za sprawą dość długiej obecności na rynku kibicowskim. Powiedz nam, jak to wygląda z jego czytelnikami? W dobie Internetu drukowane magazyny nie są zbyt atrakcyjną propozycją, a jednak „TMK” cały czas się ukazuje… Jak to obecnie wygląda pod względem nakładu, bo zakładam, że kiedyś było to bardziej „opłacalne” niż obecnie?
Jawor (TMK): Trend odchodzenia polskich kibiców od magazynów papierowych i fanzinów na rzecz Facebooka jest widoczny aż nadto. Nie mamy żadnych danych, ale wydaje nam się, że „TMK” obecnie czytują głównie kibice średniego i starszego pokolenia. Dzisiejsza młodzież wychowana na fejsie, memach, sms-ach jest przyzwyczajona do przekazywania informacji po pierwsze błyskawicznie, a po drugie w bardzo spłyconej formie, najlepiej podanej jednym krótkim zdaniem lub chwytliwym obrazkiem, z treścią przyswajalną w ciągu sekundy. Nie potrzebuje niczego więcej, dlatego coraz rzadziej bierze cokolwiek drukowanego do ręki, wszystko jest przecież on-line do przejrzenia w ciągu 5 minut, więc na co komu takie staroświeckie fanaberie? Nakład „TMK” trochę się z tego powodu zmniejszył, ale tragedii nie ma, działamy dalej.

Kibol: W oczach wielu ludzi jest luzakiem, który ma łatwe życie, bo utrzymuje się tylko dzięki TMK i sklepowi z odzieżą kibicowską, jak to tak naprawdę wygląda? Czym zajmujesz się czymś jeszcze oprócz swojej typowo kibicowskiej pracy?
Jawor (TMK): Heh, kto mnie dobrze zna, ten z pewnością nie potwierdzi, że jestem typowym „luzakiem”. Luz to ma ten, kto niewiele w życiu musi robić. Luzak ma na wszystko wyjebane. U mnie tak nie jest, pracy jest nadto, choćby takiej codziennej, biurowej, jak w każdej firmie w zbiurokratyzowanej Polsce. A do tego jeszcze życie rodzinne, codzienne sprawy. Nie zdecydowałem się na coraz popularniejszy (zwłaszcza na zachodzie) styl życia polegający na realizowaniu swoich pasji, bez wiązania się w małżeństwo, bez dzieci itp. Choć akurat w mojej pracy byłby on bardzo atrakcyjny. Mam żonę, dwóch synów, których wychowaniu poświęcam masę czasu. Nie jest więc tak, że mogę sobie cały miesiąc jeździć po stadionach. Chcąc w tym wszystkim znaleźć czas np. na wyjazd na mecze za granicę, trzeba się nieźle nagimnastykować, aby wszystko połapać. Życie to sztuka kompromisu ;-)
Tak już mam w naturze, że nie usiedzę w miejscu, a nawet kiedy jest wolny czas, to trzeba go sobie jakoś zagospodarować. Niektórzy na urlopie pół dnia nic nie robią, pijąc browarki i melanżując, ja zaś zawsze znajdę sobie jakieś zajęcie, realizuję różne swoje pomysły. Na trybunach mojego klubu też nie zniósłbym bezczynności, zawsze jest coś, w czym można pomóc, zaangażować się. Nawet kiedy po prostu jadę na mecz, troszczę się o to, aby wszystko było ogarnięte i aby dojechać na czas, więc dyscyplinuję współpasażerów, który muszą znosić moje marudzenie, za co wszystkich zainteresowanych przepraszam ;-). Nieprzypadkowo jedyny z pięciu spóźnionych autokarów zorganizowanych przez chłopaka z Kielc, który dotarł na czas na mecz Ukraina-Polska do Marsylii, to ten, którym podróżowałem z kolegami hehe. Od Drezna do Marsylii z jednym 10-minutowym postojem ;-) Tak więc sorry, ale określenie „luzak” wybitnie do mnie nie pasuje. Łatwe życie na luzie? Nie w tym przypadku!

Kibol: Najczęściej zazdroszczą ci, którzy nie mają pojęcia, ile pracy należy włożyć, aby wydać i skompletować taką gazetkę. Zastanawiam się zatem, dlaczego przez tyle lat nie powstała żadna konkretna konkurencja i wszystkie pozycji upadały po kilku wydaniach. Jak myślisz, czy powstanie drugiego tytuły przyjęłoby się w naszym kraju, a tym samym, czy w pewien sposób nie obawiasz się konkurencji? Może takie rozwiązanie niosłoby pewnego rodzaju zdrową rywalizację z konkurencją i tym samym „TMK” mogłoby tylko zyskać na świeżości itp.
Jawor (TMK): Próby były i to niejedna. Magazyny „Strefa Fanów”, „Głos Stadionu”, „Szalikowiec” oraz parę nieoficjalnych, ale też kolorowych fanzinów z ambicjami. Czemu nie wyszło – trzeba by zapytać ich autorów. Niektórzy mówią, że wydawcy magazynów kibicowskich powinni ze sobą współpracować tak jak wydawcy niskonakładowych zinów. Piękna, ale utopijna koncepcja, która padała z chwilą, gdy wydawca nowego magazynu ogłaszał powstanie swojego pisma z narracją w stylu „TMK zeszło na psy, za to teraz wchodzi na rynek nowy, lepszy magazyn”. Ciężko w takiej sytuacji o przychylność z naszej strony, choć udawało nam się powstrzymywać od złośliwych komentarzy.
Faktem jest natomiast, że zawsze takie chwile działały na nas mobilizująco, na czym zyskiwali przede wszystkim czytelnicy. Dziś mogę powiedzieć, że były to ważne momenty w 15-letniej historii „TMK”, które faktycznie dodawały nam świeżości.

Kibol: Nie myślałeś, żeby rozbudować nieco „TMK” i wprowadzić jakieś radykalne zmiany? Bardzo często słyszy się zarzuty, że pisemko prezentuje głównie relacje skopiowane z Internetu, z czym nie sposób się nie zgodzić, z czego to wynika? Nie myślałeś, aby pójść bardziej w stronę publicystyki i felietonów?
Jawor (TMK): Jak już wspomniałem – podstawą „TMK” są reportaże meczowe. Takie założenia mamy od samego początku istnienia pisma, taka jest jego idea i to się raczej nie zmieni. Zmienia się natomiast automatycznie funkcja, jaką spełnia nasz magazyn. 15 lat temu pisemko pełniło przede wszystkim rolę informacyjną (kibolski internet dopiero raczkował), a dziś jest głównie archiwizacyjna. Docenia to każdy, kto bierze w ręce numer sprzed 10 lat i ma wszystkie najważniejsze fakty i zdjęcia dosłownie i w przenośni jak na dłoni. Co do samych relacji, to usilnie szukamy osób, które pisałyby specjalnie dla nas i dość często się udaje. Niestety, w niektórych przypadkach jest to niemożliwe, bo w obecnych czasach część ekip dba o „public relations” i dopuszcza rozpowszechnianie tylko jednej jedynej „oficjalnej” relacji, która oczywiście najpierw trafia do neta, a potem tę samą relację dostajemy od nich do druku. Na domiar złego czasem te oficjalne relacje to zaledwie kilka lakonicznych zdań, w zasadzie taki telegraficzny skrót. Ratunkiem w tej sytuacji mogą być nasze relacje redakcyjne, no, ale nie da się być wszędzie… Krytyka jest uzasadniona i ja ją rozumiem, jednak problem nie jest łatwy do przeskoczenia. Co innego kwartalnik „TMK Plus”, który jest oparty tylko i wyłącznie na autorskich relacjach moich i naszych współpracowników.
Felietony, wywiady są tylko uzupełnieniem magazynu – tych proporcji zmieniać nie zamierzamy. Choć oczywiście z nich nie rezygnujemy, mimo że ostatnio było ich jakby mniej, a to dlatego, że straciliśmy nieco wiarę w misję naszego magazynu, patrząc na kierunek, w którym podąża polski ruch kibicowski, który jakże odmienny jest od promowanych przez nas wartości. Gdzie się podział ten stary, oryginalny ruch ultras?
Ale wciąż szukamy świeżej krwi, która będzie miała wenę do pisania na temat zawiłości Polski Kibolskiej w tych niezbyt ciekawych czasach. Chociaż kto wie, czy przypadkiem po ostatnich przetasowaniach na scenie, nie nabierze ona dawno niewidzianych rumieńców? To dobrze dla… felietonów ;-)
To nie jest tak, że siedzimy na laurach. Ciągle szukamy dróg rozwoju magazynu, ale ograniczeń jest dużo, a jednym z nich – przy trochę mniejszym niż kiedyś nakładzie – są finanse. Jednak szukamy wartościowych współpracowników, a zwłaszcza felietonistów i osób chętnych pisać relacje. Dbamy też o stronę wizualną magazynu – ostatnie kilkanaście numerów to chyba bardzo widoczny progres w tej materii.

Kibol: U naszych zachodnich sąsiadów drukowane publikacje mają się bardzo dobrze, przez co Niemcy mogą pochwalić się kilkoma ogólnokrajowymi tytułami. Jak myślisz, czemu zawdzięczają taki obrót sprawy? Co jest takiego szczególnego w tych gazetach, że cieszą się takim zainteresowaniem? Może problem tkwi w odbiorcach i kibice z tamtego kraju bardziej przyciągają wagę do drukowanej formy?
Jawor (TMK): Z pewnością Niemcy dużo większą uwagę niż Polacy przyciągają do drukowanej formy – tego akurat jestem pewien. Z tego, co wiem, mniej popularne są tam za to ogólnokrajowe fora kibicowskie. Patrząc na profil tamtejszych młynów, wydaje mi się też, że jest tam mniejszy odsetek prostych chłopaków z podwórka, a większy studentów, inteligentów itp. Dlatego słowo pisane, a zwłaszcza publicystyczne rozważania na tematy kibicowskie (niekoniecznie chuligańskie) spotykają się tam z większym zainteresowaniem. Niemcy są też bardzo ciekawi świata, gdy tymczasem większość polskich kibiców interesuje się głównie krajową sceną. Zauważ, jak duży procent w niemieckich magazynach zajmują materiały zagraniczne. To są różnice w upodobaniach polskich i niemieckich fanów, które wpływają korzystnie na wygląd ultra-prasy naszych zachodnich sąsiadów. Z doświadczenia wiem, że w dzisiejszych czasach łatwiej jest zdobyć wartościowy materiał do druku z zagranicy, niż z własnego podwórka. A to dlatego, że kibice w całej Europie mają jeden wspólny mianownik – z powodu represji obawiają się zdradzać zbyt wiele szczegółów rodzimym redaktorom, za to bardzo chętnie otwierają się przed pisemkami z innych krajów, wychodząc z założenia, że ryzyko trafienia takiej gazetki w niepowołane ręce jest minimalne.
Jeśli miałbym natomiast coś wytknąć niemieckim pismom kibicowskim, to bardzo mało tematów i fotek czysto chuligańskich (swoista autocenzura), jak również polityczną poprawność, która pozwala pisać o lewackich grupach, za to o prawicowych już nie… Cóż, Niemcy to jednak nie jest wolny kraj ;-)

Kibol: Będąc już „za granicą”, powiedz, jak wygląda Twoja współpraca z zagranicznymi wydawnictwami kibicowskimi? Z jakimi krajami masz stały kontakt i którzy kibice znacznie pomagają Tobie w wydawniczej działalności?
Jawor (TMK): Zagranicznych wydawnictw zostało już bardzo mało, jedyny wyjątek, prawdziwy ewenement to właśnie wspomniane już Niemcy. Mamy bardzo dobry kontakt z redakcją „Blickfang Ultra” – często wymieniamy się wzajemnie informacjami i służymy pomocą. Chłopaki z „Erlebnis Fussball” też czasem do nas piszą, prosząc o relacje i foto z Polski. Tyle, jeśli chodzi o wydawców magazynów. Natomiast mamy też sporo dobrych znajomych w paru krajach, którzy regularnie podsyłają nam materiały. Przede wszystkim dwie osoby – znany czytelnikom „TMK” Josef – fotograf z Austrii, czy bardzo mocno związany z Polską, rozpoznawalny zwłaszcza w Warszawie i Szczecinie Balazs – kibic Ujpestu Budapeszt. A także liczni niemieccy groundhopperzy, zwłaszcza ci robiący fotki w Polsce. Do tego masa kibiców poznanych podczas naszych wojaży po Europie, m.in. w Serbii, Bośni, Chorwacji, Macedonii, Albanii i Grecji. Pozdro chłopaki ;-)

Kibol: Piotrek, odwiedziłeś już wiele stadionów w różnych krajach i pewnie też kontynentach, gdzie oprócz Polski poleciłbyś polskim groundhopperom wybrać się na mecz, aby poczuli prawdziwy klimat trybun? Co takiego szczególnego urzekło Cię w tym kraju?
Jawor (TMK): Wszyscy czytelnicy „TMK Plus” zapewne domyślają się, że wskażę tutaj kraje byłej Jugosławii, bez wyróżnienia jakiegoś szczególnego któregokolwiek z nich, bo wszystkie reprezentują bardzo podobny styl. Już nie chodzi tylko o żywiołowy, melodyjny doping, który skopiowała większość ekip w Polsce – to banalne i oczywiste. Jednak równie mocno fascynuje mnie autentyczność i spontan na trybunach, czego w Polsce niestety brakuje od dłuższego czasu. To trochę tak, jakbyśmy cofnęli się w czasie o 15-20 lat. Tamtejsze ekipy działają może nieco mniej „profesjonalnie” niż w Polsce, jest więcej luzu, czasem trochę mniej organizacji, ale ma to swój nieodparty urok. Choć oczywiście Legia może z wyższością patrzeć na poziom tamtejszych opraw, a Lech, Ruch i wiele innych polskich ekip może z lekceważeniem odnieść się do siły bojowej bałkańskich ekip. Tu chodzi jednak o całokształt, o zachowaną tamże delikatną symbiozę i równowagę pomiędzy atmosferą, oprawami i chuliganką, dzięki czemu południowi Słowianie nie poszli w jakieś sztuczne podziały i specjalizacje. Po prostu nie przesadzili tak jak my z usilnym dążeniem do bycia „jeszcze większym, jeszcze silniejszym”. Jeśli szukać ruchu ultras w oryginalnym znaczeniu tego słowa – to przede wszystkim na Półwyspie Bałkańskim.
No i sama atmosfera na trybunach, doping, race na murawie, dzikość – takie oczywiste rzeczy, które powodują, że tamtejsze młyny żyją niesamowitym rytmem, który można podziwiać bez końca.

Kibol: Bardzo często uważamy się za wzór do naśladowania lub też kraj, w których ruch kibicowski jest bardzo rozwinięty, nie uważasz, że to pewnego rodzaju przechwalanie się? Zgadzam się, że są takie mecze, podczas których ekipy potrafią zebrać się w dobrych liczbach, ale często trybuny świecą też pustkami. Nie wiem dlaczego, ale z polskiego punktu widzenia o sile ekipy świadczy dosłownie jej siła, czyli ekipa sportowa, dlatego też bardzo często przy „klasyfikacji” zapominamy o akcentach typowo ultrasowskich, które to przecież są podstawą funkcjonowania ekipy kibicowskiej…
Jawor (TMK): Owszem, polscy kibice puchną z dumy i często uważają się za najlepszych. Paradoks moim zdaniem polega na tym, że choć jesteśmy bardzo rozwinięci kibicowsko jako kraj (tu faktycznie jest powód do dumy), to jednak nie jesteśmy dobrym wzorem do naśladowania… Dlaczego?
Dla mnie już sam podział na ultrasów i chuliganów jest czymś, co na przestrzeni lat okazało się zgubne dla stylu, czy też wizerunku polskiej sceny kibicowskiej. Wspomniałem już zresztą o tym przed chwilą, mówiąc o Bałkanach. Co z tego, że mamy jedne z najlepszych opraw i ekip „sportowych” na świecie, skoro to wszystko coraz bardziej odbiega od korzeni naszego ruchu? Wyspecjalizowane grupy od opraw perfekcyjnych jak spod igły, równie mocno albo i mocniej wyspecjalizowane bandy od walenia po mordach w lesie (a ostatnio już nawet nie w lesie tylko w rozmaitych oktagonach – czy to jeszcze chuliganka?). Zarówno jedne, jak i drugie oparte są przede wszystkim na kasie, która – jak się zdaje – rządzi już polskim ruchem kibicowskim. Zresztą po ostatnich ruchach tzw. „osób decyzyjnych”, coraz powszechniej słychać głosy zniesmaczonych kibiców. Albo wszystkie te stowarzyszenia na siłę wybielające swój wizerunek w mediach… czy to nie jest żenada? Ekipy są na tak wysokim poziomie organizacyjnym, że nie mogą sobie pozwolić na odcięcie dopływu gotówki… A to popycha je do rozmaitych zachowań, niekoniecznie godnych oryginalnych ultras.
Wracając od naśladowania naszego stylu poza granicami Polski – otóż tak naprawdę tych naśladowców wcale nie ma zbyt wielu. Wielu kibiców z zagranicy razi w nas właśnie ta sztuczność, którą sobie zafundowaliśmy. Te spec grupy chuligańskie od walk leśnych, czy stereotypowe już „polskie koksy”. Może to i dobrze, że niewielu poza granicami Polski wie, jak finansują się polskie grupy kibicowskie i jak dobre układy mają z działaczami klubowymi (oczywiście nie wszystkie). Gdyby wiedzieli, co się wyrabia nad Wisłą i Odrą w tej materii, narazilibyśmy się na kolejną śmieszność.

Kibol: Czego życzyć Tobie oraz osobom współtworzącym TMK na najbliższe lata?
Jawor (TMK): Zdrowia, wytrwałości, motywacji… Już 15 lat za nami, kolejne lata przed nami, a ile – tego nie wie nikt ;-) W tym roku kończę 40 lat, mój kibicowski światopogląd ukształtował się w zupełnie innych realiach na polskich trybunach. Odmienne zwyczaje, trochę inne zasady i priorytety. Być może dlatego coraz więcej jest rzeczy w polskim ruchu, których nie rozumiem, lub wręcz nie akceptuję. W tej sytuacji motywacja może być kluczem dla dalszego wydawania „TMK”. Popatrz na twórczość Romka Zielińskiego, którą osobiście bardzo poważam, ale od razu czuć, że chłop wychował się w zupełnie innej epoce… Ze mną za 5-10 lat może być podobnie ;-) Jak stwierdzę, że już się w tym świecie „chwilowych układów chuligańskich” nie odnajduję, to po prostu poszukam sobie zastępcy. Póki co jednak spokojnie działamy dalej!
jawor_tmk_wywiad

1 Komentarz on Wywiad z Jaworem, wydawcą To My Kibice (TMK)

  1. Ja w latach 90' się wychowałem i widzę jak zmieniła się Polska scena kibicowska.Niestety na gorsze,kiedyś najważniejszy był klub.Jak w Warszawie przyjechał Radomiak(na Hutnik) to nas łepków po 15-18 lat było ze setka.Do tego dochodzili starsi na których się wzorowaliśmy.A teraz tylko "ekipy" a reszta się nie liczy.

Zostaw komentarz

Twój email nie będzie publikowany.


*