Wywiad z Patrykiem, kibicem Lecha oraz autorem strony FotoKolejorz

Kibol z Sektora: Patryk, jak zaczęła się Twoja przygoda z aparatem i fotografowaniem trybun? Pamiętasz może swój pierwszy sprzęt, którym fotografowałeś kibiców?
Patryk (FotoKolejorz): Cała moja przygoda z fotografowaniem trybun rozpoczęła się w 1998 roku, w ósmej klasie podstawówki. Od kilkunastu miesięcy siedziałem w temacie wymiany z innymi kibicami biletami, programami czy proporczykami piłkarskimi. Kupowałem też sporo prasy sportowej i jednym z takich magazynów był łódzki „hat-TRICK”. Świetne czasopismo piłkarskie, w którym publikowano ogłoszenia kibiców z całego kraju. Zauważyłem, że pojawiały się kontakty do osób zainteresowanych wymianą zdjęć kibiców. Sam coraz bardziej interesowałem się tym, co dzieje się na trybunach, więc uznałem, że temat zdjęć będzie ciekawym hobby, a i sama fotografia zaczęła mnie ciekawić, tym bardziej że ojciec sam swego czasu bawił się amatorsko w robienie zdjęć. W międzyczasie dorobiłem się pierwszego aparatu – klasyczny na owe czasy „automat”. Sprzęt na klisze, bez zooma, więc aby zdjęcie miało sens, trzeba było być możliwie jak najbliżej serca wydarzeń.
Mój pierwszy mecz ze wspomnianym aparatem to pojedynek Lecha z Widzewem w Poznaniu na wiosnę 1998 rok. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że zdjęcia wyszły „specyficznie” :-) Niemniej wówczas byłem bardzo zajarany „efektami”. Od rundy jesiennej 1999 regularnie chodziłem na Bułgarską, mając ze sobą wspomniany aparat.

Kibol z Sektora: Jak przeżyłeś pojawienie się aparatów cyfrowych i odstawianie aparatów analogowych z kliszą. Czy Twoim zdaniem są jakieś plusy, pozytywne aspekty przemawiające za fotografią analogową?
Patryk (FotoKolejorz): Dość długo broniłem się przed zakupem cyfrowego sprzętu, co nastąpiło u mnie pod koniec 2005 roku. Do tego czasu dwukrotnie zmieniałem aparaty analogowe. Na ostatni mecz Lecha w Ekstraklasie wiosną 2000 roku ojciec wziął swojego Zenita. Genialny ruski sprzęt, w 100% manualny, dzięki czemu miałem dobrą szkołę robienia zdjęć – ustawiania czasu, przysłony itp., czyli detali rzutujących na jakość zdjęcia. Dodatkowo do aparatu mieliśmy jasny teleobiektyw, co od razu przekładało się na jakość zdjęć. Miałem po prostu swoje miejsce na trybunach, skąd miałem idealny widok na Kocioł i sektor gości jednocześnie. Rok później dostałem na 18-stkę kolejną lustrzankę, tym razem była to Minolta. Jeszcze bardziej rozbudowana niż Zenit, z jeszcze lepszymi obiektywami. W ten sposób działałem cztery lata.
Przez ten czas miałem też porównanie moich zdjęć z ujęciami osób, które działały na pierwszych cyfrówkach. Te sprzęty można było porównać do analogowych „automatów”, dodając jednak, że zdjęcia wychodziły jeszcze gorzej, a zakup takiego cuda wiązał się ze sporym wydatkiem. Na cyfrowych lustrzankach, które kosztowały wówczas krocie, pracowali zawodowy, żyjący z robienia zdjęć do gazet.
Taki przełom w temacie nastąpił w momencie zakupu lustrzanki przez śp. Sargona, autora bardzo dobrej pod kątem kibicowskim strony – KOLEJORZ.PYRY.NET. Chłopak przez blisko trzy sezony działał na zwyklej cyfrówce, aż wiosną 2004 roku zakupił profesjonalny sprzęt, sprowadzany z Azji… W dalszym ciągu był to spory wydatek, ale już bardziej realny. W międzyczasie podobnego zakupu dokonał też Tomek z Lubina, z którym od kilku lat wymieniałem się zdjęciami i negatywami naszej roboty. Jakość tych zdjęć była naprawdę konkretna, do tego późniejsza praca z takimi ujęciami była dużo łatwiejsza, stąd też we wspomnianej końcówce 2005 roku zakupiłem swoją pierwszą cyfrową lustrzankę. Trzeba też pamiętać, że dość szybkim czasie takie sprzęty stały bardziej dostępne pod kątem finansowym – w moim przypadku był to co najmniej dwukrotnie mniejszy wydatek, w porównaniu z tym, co zainwestował Sargon.
Trudno sensownie porównać obie epoki. Okres analogów generował regularne koszty, bo oprócz aparatu trzeba było kupować klisze, co wówczas było sporym wydatkiem, szczególnie dla małolata z liceum, jak to było w moim przypadku. Do tego dochodziło wywoływanie zdjęć, czyli nie było to tanie hobby, tym bardziej, jeśli miało się sporo korespondentów, z którymi prowadziło się wymiany fotek. Do tego, jeśli mecz był w piątek czy sobotę, to przeważnie najwcześniej w poniedziałek można było zobaczyć efekty swojej pracy. Niemniej takie ujęcia od razu lądowały w albumie, czyli był namacalny efekt pracy, co fajnie się przeglądało po jakimś czasie. Dziś pewnie 99% osób, które robią zdjęcia, nie bawi się w robienie albumów w wersji fizycznej :-)

fotokolejorz_lech_poznan_kibice
Kibol z Sektora: Czy nie uważasz, że postęp techniki oraz wszechobecny dostęp do sieci internetowej niszczy piękno fotografii? Każdy chce być pierwszy, najlepszy… istny wyścig szczurów. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?
Patryk (FotoKolejorz): Pierwszy, nie znaczy najlepszy :-) Problem jest raczej w selekcji materiałów czy ich jakości jako takiej. Sam staram się w miarę na bieżąco wrzucać zdjęcia, jeśli jest taka możliwość. Oczywistym jest, że najlepsze efekty pojawiają się, gdy możesz ze spokojem popracować ze zdjęciami po meczu w domu czy po powrocie z wyjazdu. Jest czas na chłodniejsze spojrzenie na zdjęcia, wybór najlepszych ujęć itp. Widać to również po odbiorcach – mijają pierwsze emocje związane z meczem i surowszym okiem spogląda się na pojawiające zdjęcia. Czasami faktycznie łapy opadają, widząc co lata w internetowym obiegu, ale biorąc pod uwagę, że dziś praktycznie każdy jest „fotografem”, era smartfonów czy mediów społecznościowych, lepiej wziąć na wstrzymanie i prostu robić swoje :-)
Zresztą prawdziwy wyścig szczurów widoczny jest wśród autorów wszelakich profili ogólnokibicowskich na FB czy ostatnio też na Instagramie. Kto pierwszy wrzuci fotkę robioną choćby kalkulatorem czy info powielając często totalne farmazony, które idą „w świat”, bez późniejszego prostowania. Byleby się zgadzały kliknięcia, lajki czy zasięg dotarcia. Klasyczne „kopiuj wklej”, bez inwencji autorskiej, gdzie jeszcze zdarza się trzepać pieniądze na reklamach ciuchów, sklepów itp. Do tego dorzucę jeszcze kwestię marginalizowania roboty fotografów, których zdjęcia robią w końcu robotę takim profilom, bo w dalszym ciągu na porządku dziennym są sytuacje, gdzie nie podaje się źródła fotek, czy też usuwa się ze zdjęć podpisy autorów – „bo są zbędne i psują efekt na moim profilu”, jak wspomniał kiedyś baran dość popularnego konta na Instagramie, kiedy zwróciłem mu delikatnie uwagę w temacie. Mówi się, że polskie dziennikarstwo to dno, ale media kibicowskie w wielu przypadkach prezentują podobny poziom.

fotokolejorz_lech_poznan_kibice
Kibol z Sektora: Jesteś kibicem starszej daty i doskonale pamiętasz jeszcze czasy korespondencji, kiedy to dość aktywnie się udzielałeś. Jak oceniasz czasy ery odbitek w porównaniu do dzisiejszych aparatów cyfrowych? Nadal masz gdzieś jeszcze swoje stare ujęcia i wymieniane fotki? Czy nadal odbijasz na papierze swoje ujęcia, czy ograniczasz się jedynie do zgrywania ujęć na płyty, dyski itp.?
Patryk (FotoKolejorz): Kolekcjonowanie i wymiana zdjęć miało swój niepowtarzalny klimat, i przyzna to każdy, kto się zajmował. Pierwsze kontakty nawiązywałem w 1999 roku, a taki prawdziwy rozkwit w korespondencji nastąpił wraz z pierwszą lustrzanką analogową. Człowiek robił lepsze zdjęcia, które przykuwały uwagę, w ten sposób Jawor zaproponował mi współpracę z tworzonym „To My Kibice”, gdzie moje zdjęcia pojawiały się regularnie od zerowego numeru z 2001 roku. Ogólną praktyką było podawanie z tyłu zdjęcia swojego adresu korespondencyjnego i w ten sposób zgłaszali się kolejni chętni do wymiany zdjęć bądź sam odzywałem się do fotografów z innych ekip, bo z czasem skupiałem się tylko na takich kontaktach, dzięki czemu miałem dostęp do zdjęć czy negatywów z pierwszej ręki. Kolejnym źródłem wymian były też ogłoszenia w ogólnopolskich zinach czy wspomnianych wcześniej magazynach piłkarskich. Warto dodać, że z dwoma osobami z tego okresu w dalszym ciągu mam kontakt. Pozdrawiam przy okazji Tomka z Lubina oraz Kamila z Warszawy.
Fajne czasy, bo pomimo wzajemnych animozji klubowych ludzie darzyli się większym szacunkiem. Na porządku dziennym było adresowanie kopert zwrotem „Sz. Fan”. Plus wszelkie objawy przekrętów były ostro piętnowane, podawało się do ogólnej wiadomości w zinach adresy baranów, walących w chuja. Plusem były wymierne korzyści w postaci nowych zdjęć do kolekcji, czy też zinów, szali czy kto co tam jeszcze zbierał.
Z czasem też zacząłem korespondować z kibicami z Europy – w szczytowym momencie miałem około 40 korespondentów z czołowych ekip w poszczególnych krajach (Niemcy, Czechy, Francja, Grecja, Serbia, Chorwacja, Węgry, Rumunia, Hiszpania, Portugalia, Rosja, Białoruś, Norwegia, Szwecja, Anglia), z naciskiem na głównych fotografów ekip. To wiązało się ze sporymi kosztami ze względu na cenę znaczków :-) Na szczęście stosowałem metodę „na klej”, dzięki czemu te same znaczki dość długo były w obrocie. Z każdą z tych osób wymieniało się raz w miesiącu od 20 do 50 zdjęć.
Dziś na małolatach nie robi to wrażenia, bo wszystko jest na fejsiku czy innym forum. 15 lat temu, kiedy Internet w Polsce raczkował, trzeba było kombinować, żeby się przebić do konkretnych osób. Zawsze była radocha, kiedy listownie odzywał się ktoś z zagranicy z propozycją wymiany zdjęć, bo znalazł adres na zdjęciu mojego autorstwa. Z czasem robiła się z tego pokaźna kolekcja fotek, które zapełniały kolejne albumy. Do tego dochodziły takie rzeczy jak zagraniczne magazyny kibicowskie (przypomnę, że „TMK” dopiero startował na rynku), vlepki poszczególnych ekip, które u nas pojawiły się po kilku latach, czy choćby nagrania trybun na kasetach video, czy później na DVD. Ponadto dzięki zagranicznym kontaktom w jakiś sposób pomogłem w rozkręceniu „To My Kibice PLUS”, podsyłając opisy różnych ekip czy udostępniając otrzymywane zdjęcia.
Podsumowując, zajebiste czasy, które niestety przepadły wraz z erą cyfrówek. Wymiana takich zdjęć drogą mailową czy zgrywanych na płytach CD to już nie było to, choć w szybkim czasie można było dorobić się pokaźnej kolekcji :-). Wszystkie zdjęcia w dalszym ciągu trzymam i nie zamierzam się tego pozbywać. Szacując to wszystko jakiś czas temu, wyszło mi ponad 15,000 zdjęć, a regularna wymiana zdjęć skończyła się u mnie w okolicach 2006, 2007 roku. Mniej więcej połowa jest wywołana na papierze, reszta w wersji cyfrowej czeka w kolejce :-)

Kibol z Sektora: Pamiętasz jeszcze czas starej Bułgarskiej i oldschoolowego stadionu z efektownymi jupiterami. Masz może jakieś swoje ulubione stadiony, na które lubisz jeździć i tam fotografować? Jak oceniasz warunki do robienia zdjęć na stadionie Lecha obecnie i kiedyś?
Patryk (FotoKolejorz): W ostatnich latach masowo powstawały u nas nowe stadiony, czy też modernizowano dotychczas istniejące obiekty. Pomijając już aspekt „modern football” to obecnie ultrasi w Polsce mają większe pole do popisu, jeśli chodzi o oprawy i tego chyba nikt nie podważy. Tym samym jeszcze lepiej robi się zdjęcia na obecnych obiektach, a takim klasycznym przykładem jest Legia, szczególnie jeśli uwzględnimy sektor gości, który kiedyś należał do jednych z najgorszych pod każdym względem. Z dawnych czasów lubiłem jeździć na oba łódzkie stadiony, z uwagi na klimat, oraz samo umiejscowienie trybun gości i gospodarzy. Elegancko działa się również w Szczecinie, gdzie czas zatrzymał się w miejscu, ale w dalszym ciągu jest to dobry obiekt. Trybuny, gdzie znajduje się młyn Pogoni czy sam sektor dla gości.
Natomiast w kwestii Poznania. Dawne czasy, dawne trybuny miały klimat i urok, szczególnie w okresie, gdy Kocioł znajdował się na sektorze nr 6. W obecnym „Kotle” irytuje płot przed sektorem. Z jednej strony jest gdzie wywiesić nasze fany, przez dłuższy okres tego brakowało po modernizacji, z drugiej zasłonięta jest spora część parteru Kotła, patrząc z perspektywy murawy. Na pewno trzeba dużo więcej kombinować niż na innych stadionach.
Znakiem czasu są też wszelkie ograniczenia, jakie wprowadzono kilka lat temu na meczach na najwyższych poziomach rozgrywkowych, czyli stanie w określonych miejscach, bez możliwości przemieszczania się pomiędzy stronami w czasie meczu, często też z zakazem wchodzenia na trybuny. Zdarza się, że można ominąć „system”, ale wymaga to sporego kombinowania :-)

foto_kolejor_kibice
Kibol z Sektora: Nie myślałeś kiedyś, aby wydać swoje fotki w formie albumu? Czytanie nie jest może zjawiskiem zbyt popularnym, ale efektowne obrazki, które są wydane w równie efektowny sposób, powinny cieszyć się dużym uznaniem…
Patryk (FotoKolejorz): Zastanawiałem się jakiś czas temu nad takim wariantem, sugerowało mi to również kilka osób. Inspiracją był też album wydany przez Josefa Grubera z Austrii, który zebrał w ten sposób zdjęcia ze swoich wypadów do Włoch, w latach 1998-2006. Kilka lat temu Niemcy wydawali też albumy zdjęć, kilka tomów „Faszination Fankurve”, głównie z oprawami, będącymi podsumowaniami poszczególnych lat na ich scenie, plus publikowano też ciekawsze fotki z innych krajów, w tym także moje :-) Solidnie publikacje, w twardej oprawie, na konkretnym papierze i w takiej formie widziałbym swoje „dzieło”. Przeszkodą są jednak finanse. Sam nakład, w optymistycznym wariancie, wyniósłby góra 300-400 sztuk, a to przekłada się na koszt druku i cenę końcową, by wyjść na zero. Takie uroki czasów, gdzie „wszystko jest w necie”. Może za bardzo skupiłem się na aspekcie materialnym, ale biorę poprawkę, że można tu grubo popłynąć z kasą.

Kibol z Sektora: Opowiedz nam, kiedy powstała strona FotoKolejorz i co natchnęło Cię do jej założenia?
Patryk (FotoKolejorz): Pomysł założenia strony FotoKolejorz pojawił się w 2006 roku. Szukałem miejsca, gdzie mógłbym publikować swoje zdjęcia, oprócz „To My Kibice”, a jednocześnie nie chciałem wchodzić w paradę kolegom, którzy współpracowali z istniejącymi wówczas u nas witrynami. Uznałem jednak, że zamiast „lansowania” samego siebie można by na tej podstawie zrobić konkretną bazę zdjęć, przede wszystkim kibicowskich, ale też i piłkarskich z meczów Lecha. Był w końcu śp. Sargon, był śp. Dobry Wujek, dodatkowo można byłoby również skorzystać z bogatej kolekcji zdjęć Krzycha, pierwszej, konkretnej osoby, która zajmowała się zdjęciami w Poznaniu, jeszcze w złotych latach 90'. Z Pawłem niestety nie udało mi się konkretniej porozmawiać, zginął w wypadku samochodowym w przerwie między sezonami. Maciej natomiast zaczął pracę jako fotograf klubowy i temat niejako się rozmył. Stąd też latem 2006 roku sam ruszyłem ze stroną, robiąc praktycznie wszystko we własnym zakresie. W ten sposób, z większą czy mniejszą częstotliwością, funkcjonuje do dziś.

Kibol z Sektora: Od jakiegoś czasu FotoKolejorz to także kanał na YouTube, gdzie prezentowany jest doping kibiców Kolejorza. Sam wpadłeś na pomysł tego przedsięwzięcia, czy też powstało to na potrzebę, a może raczej prośbę kibiców?
Patryk (FotoKolejorz): Kanał nosi nazwę „Bułgarska”, czyli jest to ulica, przy której znajduje się nasz stadion. Czyli ponownie chciałem podkreślić, co jest główną istotą kanału, zamiast kłaść nacisk na autora filmów. W tym przypadku inspiracją był kanał kibiców Rapidu Wiedeń, z ekipy „Tornado”. Filmy miały prostą formę – kamera na statywie, ustawiona przed sektorem, bez zbędnych bajerów. U nas pojawiały się jakieś krótkie filmy, ale bez większej regularności. Pierwszy mecz z kamerą to pojedynek z Legią, wiosną 2007 roku. W tym przypadku w operatora bawił się ojciec. Na kolejnych dwóch meczach pomagali znajomi kibice, którzy stwierdzali jednak, że wolą spędzać mecz na trybunach, niż z kamerą w ręku :-) Stanęło na tym, że kamera po prostu stała na statywie, sporadycznie pomagał mi znajomy i tak to się, nomen omen, kręciło. Temat jednak chwycił, coraz więcej osób subskrybowało kanał, a z czasem pojawiały się na szerszą skalę odpowiedniki w innych klubach. Wiślacy mogą stwierdzić, że ich kanał jest starszy, niemniej na początku był to po prostu prywatny profil dziewczyny, śmigającej na wyjazdy, która wrzucała kilkunastu sekundowe fragmenty, więc trudno to sensownie porównywać.

Kibol z Sektora: Oprócz spotkań domowych fotografujesz też mecze wyjazdowe. Masz też czas, aby podróżować z aparatem i fotografować trybuny innych miasta, a może i krajach?
Patryk (FotoKolejorz): Przede wszystkim skupiałem się czy skupiam na meczach Lecha. Sporadycznie zdarzają się jakieś gościnne występy, często odwiedzałem stadiony w Grodzisku czy we Wronkach jeszcze za czasów Ekstraklasy. Na pewno kusi wybranie się gdzieś poza Polskę, z naciskiem na klimat wschodnich Niemiec, ale braku czasu czy finansów czasami się nie przeskoczy :-)
fotokolejorz_crvena_grodzisk_kibice
Kibol z Sektora: Fotografujesz kibiców nie tylko na stadionie, ale także na ślubnym kobiercu… Jak odnajdujesz się w tego typu fotografii reportażowej? Ilu kolegom z Lecha towarzyszyłeś w tym ważnym dla nich dniu? Czy którąś z imprez wspominasz w szczególny sposób?
Patryk (FotoKolejorz): Śluby odpuściłem już kilka lat temu, ale faktycznie zaliczyłem kilka uroczystości z udziałem kolegów po szalu. W każdym z tych przypadków pojawiały się większe czy mniejsze elementy kibicowskie, czyli jest co wspominać. Choć w jednym przypadku panna młoda nie do końca była zadowolona z rac, które pojawiły się podczas wesela :-)

Kibol z Sektora: Czy w Twojej pamięci zapisał się jakiś szczególny mecz, który był wręcz idealny do fotografowania trybun, bo działo się na nich co chwilę coś ciekawego?
Patryk (FotoKolejorz): Pierwszy z brzegu przykład to tegoroczny Finał Pucharu Polski w Warszawie. Zajebista zabawa z naszej strony podczas całego meczu, w tym latająca pirotechnika w drugiej połowie i kapitalne warunki do ujęć z racami. Plus bawiąca się po drugiej stronie Legia, która również konkretnie się pokazała. Tak jak staram się również robić zdjęcia czysto piłkarskie, tak tego dnia widziałem może z pięć minut z całego meczu :-) Z dawnych czasów na pewno pojedynki z Legią czy Widzewem (lata 2002-2006), w Poznaniu czy na wyjeździe. Był to okres, gdzie kładziono większy nacisk na ilość wszelakich opraw na trybunach, więc również było co robić. Brakuje mi na pewno czasów, kiedy hurtowo odpalano u nas pirotechnikę, bez konsekwencji. Pamiętam, gdy podczas pierwszego meczu przeciwko Legii w Poznaniu, po powrocie do ekstraklasy (jesień 2002), odpalono u nas jednocześnie około 200 rac. Kibice z innych ekip raczej krytycznie podeszli do tematu, na zasadzie „Pyry potrafią tylko hurtowo odpalać race”, a sporo się tego u nas paliło w tamtych latach. Dziś taki pokaz rozgrzałby Internety do czerwoności, a fejsbuki oszalały :-)
fotokolejorz_lech_poznan_kibice_final_pp
Kibol z Sektora: Najbardziej przykra przygoda z aparatem, jaka się Tobie przytrafiła…
Patryk (FotoKolejorz): W sumie miałem tylko jeden taki przypadek, wiosną 1999 roku. Pamiętny u nas mecz z Widzewem. Jakoś udało mi się wkręcić na drugą połowę na murawę, pod Kocioł, zazwyczaj, jeśli udało się dostać na murawę, to szybko byłem z niej przeganiany :-) Stadion nabity, jak na owe czasy oprawa na pełnym kozaku. Nic, tylko robić zdjęcia. Niestety źle założyłem film w swoim pierwszym aparacie. Tym samym klisza, zamiast przewijać się po każdym zrobionych zdjęciu, naświetlała kolejne ujęcia w tej samej klatce i powstawało zdjęcie na zdjęciu, aż aparat się zaciął. Można się było załamać :-)

Kibol z Sektora: Jesteś zwolennikiem, czy też przeciwnikiem zamazywania twarzy kibiców. Uzasadnij swoją wypowiedź, bo ten temat wśród kibicowskiej braci jest dość bardzo podzielony…
Patryk (FotoKolejorz): Prosty przykład z Poznania. Na samej murawie kilkudziesięciu fotografów, reprezentujących przeróżne media. Do tego wszechobecny monitoring, który wykaże kto, jakie ćmiki pali, czy czający się tu i ówdzie tajniacy z pasją fotografowania. Co drugi widz na stadionie ma dobrej jakości smartfona czy swój aparat. Do tego zdecydowana większość podaje swoje pełne dane przy zakupie biletu. Jaki jest więc sens bawienia się w jakiekolwiek zamazywanie i czemu ma to służyć? Poczuciu kumatej anonimowości, która jest do obalenia w pięć minut? Pomijam już fakt, że taka cenzura, jeśli ktoś chce być „prawilny” na JP 100%, powinna też zawierać takie elementy jak dziary czy charakterystyczne fragmenty ciuchów. Lubię czytać wypowiedzi w tym temacie wszystkich spiętych baranów, którzy na fejsiku prawią swoją mądrości, mając jednocześnie w pełni dostępny profil, gdzie widać gdzie i z kim przebywał, czy co porabiał :-) Kolejna kwestia to cenzura, która omija płeć piękną. Rozumiem, że w tym przypadku udział w meczu nie wiąże się z przypałem, bądź też ten stopień kumatości nie dotyczy kobiet?
Jeśli zdjęcie samo w sobie jest przypałowe, jakaś awantura czy brak odpowiedniego zasłonięcia się przy odpalaniu piro, to taka cenzura jest oczywista lub dla świętego spokoju można w ogóle nie puszczać zdjęcia, lub gdy fotograf jest jedyną osobą robiącą zdjęcia na danym meczu, czyli zazwyczaj jakieś niższe ligi na totalnych wiochach.
Argumenty o ułatwianiu pracy psiarni czy rozkminianiu przez lokalnego rywala, w kontekście pierwszej części odpowiedzi na pytanie, są równie kretyńskie, co poziom dyskusji w wielu wątkach na kibice.net :-)

fotokolejorz_lech_poznan_kibice
Fotki Patryka możecie podziwiać na stronie: www.fotokolejorz.pl

Zostaw komentarz

Twój email nie będzie publikowany.


*